piątek, lipca 03, 2015

149. 19 razy Katherine - John Green

Jest 5 po północy a ja sączę mocno bezalkoholowy sok pomarańczowy i nie mogę się oderwać od tej książki. Także ta recenzja będzie częściowo pisana pod wpływem spontanicznych przemyśleń. I o dziwo, nie przeszkadza mi fakt, że pies właśnie wstał i postanowił uraczyć moje drzwi swoimi sikami. Taki prowadzę high life.

Do tej powieści jakże popularnego wśród blogerów Johna Greena podchodziłam z rezerwą. Przyznaję, "Papierowe miasta", które zresztą dostałam dawno temu na moje urodziny, skradły moje serce. Jednak ta sama osoba, która mi podarowała tę książkę, twierdziła niedawno, że "19 razy..." to już "nie to samo", skończyła się era Greena, jak dawniej Coehlo (-a, nie wiem, jak prawidłowo odmienić)

Mój pies znowu to zrobił. W tej chwili nie wierzę w swoje życie.

Cała powieść niewątpliwie przypomina mi pozostałe twory Greena, które miałam prawdziwą przyjemność czytać: "Szukając Alaski" i wcześniej wspomniane "Papierowe miasta".

Przoduje motyw podróży ku dorosłości, a może powinnam napisać DOJRZAŁOŚCI. W cały motyw drogi (który zresztą jest mi bliski, poświęciłam mu sporo czasu podczas pisania pracy maturalnej) wplecione są wszelakie przygody, niebanalni bohaterowie i odrobina ciekawych dialogów. Green świetnie potrafi tworzyć dziwaków, w których większość z nas potrafi dojrzeć część samych siebie. I być może na tym polega jego fenomen - facet doskonale wie, kim się prawdziwi nastolatkowie. Pewnie dla części ogółu będzie to szokujące, ale prawda wygląda tak, że większość z nas cierpi na niedobór popularności, idealnych ciuchów, idealnej dziewczyny i sześciopaka na kciuku.

Czego jednak nie brak głównemu bohaterowi tej powieści? Pasji. To chłopak, jakich wiele. Jednak ma pewne tak osobliwe zajęcia, które sprawiają, że chcę go lubić. Tak też działo się w poprzednich powieściach, jakie czytałam. Bohaterowie wykreowani przez autora są po prostu ciekawi. Czasami trochę za bardzo przejęci swoim własnym losem lub owładnięci jakimś wykreowanym przez siebie światem. Ale w tym wszystkim są cholernie interesujący. A John po prostu potrafi wplatać do ich życiorysu kolejne przygody. I nie ukrywam, pewnie niejedną taką wycieczkę chciałabym przeżyć.

Gdzieś po 2 w nocy postanowiłam pójść spać i obudziłam oto w paskudnym dniu. Nie dość, że deszcz, to jeszcze problemy na uczelni i tak oto dopiero przed 18 udało mi się doczytać 4 (sic) strony do końca powieści.


Podsumowując: nie wiem, czy istnieje dobry polski odpowiednik, ale czytając tę powieść miałam świadomość, że gdzieś już to widziałam. Historia różna od innych, ale jednak ma w sobie coś z takiego "Buszującego w zbożu" czy popularnego ostatnio "Perks of being a wallflower". Nie wiem czemu, ale te powieści określiłabym jako "pure". Wybaczcie mi moją ignorancję, nie wiem jak to po polsku określić. Po prostu czuję w tych historiach, że bohaterowie kierują się jakimś zewem natury i przygody, poddają się temu, co ma się im przytrafić i na swojej drodze spotykają ludzi, którzy zmieniają ich życie.  Nie każdy musi mieć w sobie takiego Cejrowskiego, ale warto zainteresować się tą książką. Polecam.

Moja ocena: 5/5

Miłego czytania i do usłyszenia!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...